Gdy przywódczyni i zastępca już wyszli, poczekałam kilka minut, po czym również opuściłam tunelem jaskinię. Wyszłam na polowanie, tym razem na łąkę. Szłam spokojnie, wypatrując i wsłuchując się w odgłosy polany. Nic jednak nie przykuwa mojej uwagi. Może jest jeszcze zbyt wcześnie.
Kieruję się w stronę lasu. Przystaje pomiędzy pierwszymi drzewami i nasłuchuję. Nie słyszę niczego. Ruszam przed siebie, przemykając zygzakiem od drzewa do drzewa, nie zatrzymując się. Idę w górę zbocza. Po pokonaniu najwyżej dziesięciu metrów z dołu spomiędzy drzew dobiega jakiś chrzęst.
Czekam i nasłuchuję.
Za moimi plecami, gdzieś w dole, trzaska gałązka. Ktoś idzie za mną od samego początku. Nie wiem, kto to jest, ani jak trafił na mój ślad, ale wiem.
Ktoś mnie śledzi.
Zanurzam się głębiej w las, poruszając się po nieregularnej spirali, cofając się po własnych śladach i utrudniając zadanie tropiącemu mnie czemu, jak tylko się da. W takiej sytuacji amator szybko by się pokazał albo zupełnie gubiąc ślad, albo odkrywając się bezwiednie.
Ktokolwiek to jest, nie dał się zwieść moim manewrom. Porusza się dokładnie wtedy, gdy ja się poruszam, i zatrzymuje się wtedy, kiedy ja, z minimalnym poślizgiem.
Podziwiam. jest naprawdę niezły.
Ale ja jestem lepsza.
Kiedy znów ruszam, udaję, że się przemieszczam, ale nigdzie nie idę. Ukryta za drzewem, drepczę w miejscu, stawiając łapy głośniej i ciszej, przesuwając się za drzewem pod różnymi kontami, żeby zmienić kierunek dźwięku, i wabię go do siebie. Genialny tropiciel być może zorientowałby się, co robię, ale każdy poniżej tego poziomu na pewno się na to nabierze i w końcu się pokaże.
Pół minuty później słyszę zbliżające się kroki i widzę zarys sylwetki w porannej mgle. Kot. Kiedy jest już blisko, przystaje, wyczuwając, że coś jest nie tak/ Być może nie jest to wybitny tropiciel, ale na pewno bardzo dobry. Czeka i nasłuchuje.
Wydaję ledwie słyszalny dźwięk, ocierając się o korę. Chcę go zwabić do siebie, przekonać go, że mnie znalazł. Słysze ostrożność w jego krokach, kiedy zmienia pozycję, okrążając drzewo i idąc w kierunku źródła odgłosu z innej strony, być może przypuszczając, że mnie zaskoczy.
Dobry ruch. Ale nie dość dobry.
Bezszelestnie przemykam do sąsiedniego drzewa i czekam. Wskakuję na najniższą gałąź. Odliczam kroki, dopóki nie znajdzie się tuż pode mną. Trzy, dwa...
Gdy kot mnie mija, zeskakuję z gałęzi tuż za nim. Nie chcę mu robić krzywdy, tylko obezwładnić, zneutralizować zagrożenie, dopóki się nie dowiem, z kim mam do czynienia. Wtedy zdecyduje, co dalej.
Jednak nie doceniam kota, kimkolwiek jest. Obraca się błyskawicznie i widzę jego pysk. To Ziemne Spojrzenie. Patrzy na mnie, jest wściekły. Wyczuwam jak jego energia się zmienia. Spina całe ciało.
- Dlaczego mnie śledzisz? - pytam, siadając na chłodnej ziemi.
- Jesteś niebezpieczna. Chcę mieć cię na oku. - odpowiada, sycząc.
- Jeśli chodzi ci o to, że cię zaatakowałam, to nie miej do mnie pretensji. Mogłeś dać jakiś znak, że to ty, a nie pchać się ślepo do mojej jaskini, kiedy śpię. - prycham. - To mógł być ktokolwiek. Na przykład wróg.
- Tak? A dlaczego zaatakowałaś Błyszczącą Łapę?
- Rzucił się na mnie od tyłu. Chyba mi się nie dziwisz?
<Zimne Spojrzenie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz