piątek, 1 maja 2015

Od Zdmuchniętej Świecy

Kieruję się w stronę mojego legowiska. Prowadzi do niego skalny tunel, który z czasem się zwęża. Po dwóch minutach wędrówki muszę się schylać i przeciskać gdzieniegdzie w wąskim przesmyku. Idę do przodu. Mam nadzieję, że to nie jest jakiś żart i że nie pakuję się w ślepy zaułek. 
Wypuszczam powietrze i szybko czołgam się na brzuchu. Gdybym tego nie zrobiła raczej bym się nie zmieściła. Zaczyna mi brakować powietrza, ale już po kilku sekundach tunel gwałtownie się rozszerza i wpadam do owalnej komnaty skalnej. Wewnątrz nie ma nic, tylko goła skała. Rozumiem, że sama będę musiała sobie umeblować sypialnie. Jaskinia ma powierzchnię mniej więcej metra kwadratowego. Tyle mi wystarczy. Wzdycham i z powrotem wciskam się w wąski tunel. Próbuję normalnie oddychać, ale miejsca jest tak mało, że z pełnymi płucami nie mogę się ruszyć. Wykorzystuję więc wcześniej opracowaną metodę i walczę z potrzebą wciągnięcia powietrza. 
Wydostaję się z tunelu i ruszam w stronę lasu. Kieruję uszy na przemian do tyłu i do przodu. Idę swobodnym, rozluźnionym krokiem. Wyłapuję jakiś dźwięk. Łapy gryzonia. Próbuję zlokalizować cel. Mam napięte wszystkie zmysły. Siłą woli zmuszam ciało do rozluźnienia się, uspokajam oddech. Idę kilka metrów do przodu i już ją widzę. Wiewiórka. Zauważa mnie i biegnie w stronę wielkiego głazu. Zahacza kitą o korzenie tracąc dwie cenne sekundy. 
Jej strata to mój zysk. 
Obliczam dzielącą nas odległość i prawdopodobieństwo, że uda się jej uciec. Ale wystarczy rzut oka, by wiedzieć, że jej szansy są niewielkie. Wiewiórka jest przerażona i potyka się w biegu. 
Podejmuję decyzję. 
Napinam mięśnie łap i skaczę. Natrafiam pyskiem na szyję i przegryzam ją. Słyszę urwany pisk. Ze zdobyczą w pysku kieruję się z powrotem na terytorium klanu. Ostatni raz widziałam Gwiazdę na polanie w lesie. Kiedy tam idę, napotykam Błyszczącą Łapę. Zatrzymuję go. 
- Gdzie jest spiżarnia? - pytam. 
Wskazuję mi drogę i znika w krzakach. Idę we skazanym kierunku. W spiżarni obdzieram wiewiórkę ze skóry, a mięso owijam w liście. Dzięki temu nie zepsuje się tak szybko. 
W przeciągu kolejnych dwóch godzin biegam po lesie i szukam mchu i innych tego typu roślin. Udaje mi się upolować dwie myszy, które tak jak wiewiórkę, zanoszę do spiżarni. 
Pod wieczór biorę zebrane rośliny w pysk, narzucam sobie skórę na grzbiet i idę do mojego legowiska. W komorze układam posłanie i po przeciągnięciu się, zasypiam. 
*** 
Rano budzę się i słyszę czyjś głos, dochodzący z tunelu prowadzącego do mojej sypialni. Najeżam sierść i obnażam zęby. Głos się zbliża. Ktokolwiek tam jest, jest blisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz